Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do chleba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do chleba. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 listopada 2016

Wegański smalec à la Aniversum

Dzisiejszy post sponsoruje literka "A", bo przepis napisała goscinnie Ania z Aniversum. W ramach rekomendacji powiem, że ja ten jej smalec UWIELBIAM! Po krótkich negocjacjach Ania zgodziła się podzielić z nami swoim przepisem na smalec. Oto on!


 
Każdy wie, że z fasoli da się zrobić naprawdę wiele. Jak się dobrze do niej zabrać, można z tego zrobić nawet L4.
Ja z fasoli zrobiłam wegański smalec, który podałam mojej niewegańskiej rodzinie na święta i nikt się nie połapał, że dopuściłam się malutkiej malwersacji. To jest dowód na znakomitość tegoż smalcu AKA pasty z fasoli.


Wegański smalec à la Aniversum

Departament chrupkości i cebulowatości
  • 1 cebula
  • 1/2 obranego jabłka
  • 2 liście laurowe
  • 3 ziela angielskie
  • 2 ziarnka pieprzu (można pominąć)
  • 2 ziarenka jałowca
  • olej (tak ze 2-3 łyżki)
  • 1/2 łyżeczki wędzonej papryki
  • garstka granulatu sojowego (garstka w układzie SI to koło 2-3 łyżek)
  • 1/2 łyżeczki cukru brązowego (jak zapomnicie albo nie macie to nie musicie się wybierać do sąsiada po prośbie)

Departament smarowalności:
  • 1 puszka białej fasoli (jak się pomylicie w sklepie i kupicie bób to też obleci)
  • 2-3 łyżki wody
  • 1 (do 1 i 1/2 ) łyżki sosu sojowego
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku
  • 1/2 łyżeczki suszonego majeranku
  • sól i pieprz


1. Zaczynamy od cebuli, bo poddamy ją obróbce cieplnej i dobrze, żeby sobie zdążyła wystygnąć w tak zwanym międzyczasie.
2. Cebulę i jabłko kroimy w drobną kostkę. Wrzucamy je na rozgrzany olej razem z cukrem, zielem, papryką, jałowcem, pieprzem i liściem laurowym. Podsmażamy trochę, dopóki cebula i jabłko nie zmiękną.
3. Kiedy sytuacja na patelni zaczyna się robić lekko złotawa, wyławiamy liście, ziele, pieprz, jałowiec, a dodajemy odrobinę więcej oleju i wsypujemy drobny granulat sojowy. To będą nasze skwarki. Podsmażamy do preferowanego przez nas stopnia przypalenia i zdejmujemy z ognia. Zostawiamy do przestygnięcia.
4. Przechodzimy do blendera.
5. Fasolę odcedzamy, co wrażliwsi mogą nawet przepłukać.
6. Umieszczamy ją w blenderze. Dodajemy zioła, łyżkę sosu sojowego i blendujemy na gładką masę. Jeśli nie blenduje się dostatecznie przyjemnie, dodajemy trochę wody. Jeśli konsystencja przypomina smarowidło, sprawdzamy czy smak nam odpowiada i doprawiamy solą, pieprzem i ewentualnie odrobiną sosu sojowego.
7. Fasolową paciaję, to znaczy pastę, umieszczamy w misce albo głębokim talerzu, dodajemy przestygnięte towarzystwo z patelni i wymieszowujemy.

I oto jest on, smalec palce lizać. Dorzućcie tam domowy chleb (dać wam przepis?) i ogórka kiszonego (ma ktoś przepis?) i już!

Uwaga: jeśli smalec ten macie zamiar, tak jak ja, serwować z zaskoczenia swojej rodzinie, przygotujcie sobie wcześniej pastę fasolową, ale cebulę i sojowe skwarki zróbcie krótko przed podaniem. Niestety im dłużej usmażony granulat pozostaje w kontakcie z fasolą, tym gorzej odbija się to na jego chrupkości. Ryzyko jest jednak niewielkie, albowiem cała konstrukcja nigdy nie doczekała u nas dnia następnego.

To mówiłam do was ja, Ania z bloga Aniversum. A ten smalec to jeden z przysmaków serwowanych przeze mnie na Zen Weekendzie, relaksacyjnym wyjeździe w Alzackie góry, gdzie podajemy tylko wegańskie jedzenie (Zen Jardin).

Ania z Aniversum

środa, 12 sierpnia 2015

Pyszny krem pomidorowy na zimno, czyli salmorejo

Kiedy żar leje się z nieba, myśl o włączeniu kuchenki może nas z lekka osłabić, a przecież coś jeść trzeba. Salmorejo nie jest może najlżejszym daniem, ale dostarczy nam potrzebnych kalorii i witamin, a do tego można je jeść mocno schłodzone.


Salmorejo poznałam dzięki Karolinie, która gościła nas obie w Kordobie. To jedno z tych cudownych dań, które są wegańskie same przez się, a do tego składają się z kilku zaledwie składników. Do jego przygotowania potrzebne są: pomidory, czosnek, białe pieczywo, oliwa, sól i ewentualnie ocet. Co więcej, pochodzące z gorącej Andaluzji salmorejo świetnie nadaje się na upały, jako że jest to rodzaj zupy czy kremu przygotowywanego na zimo. To daleki kuzyn gazpacho, ale moim zdaniem, smakuje o niebo lepiej.


Nazwa salmorejo pochodzi od słowa salmuera, oznaczającego słoną zalewę (np. do oliwek).


Ten mus podaje się w miseczkach, w towarzystwie drobno pokrojonych dodatków, najczęściej niestety niewegańskich. Ale można równie dobrze potraktować salmorejo jako dodatek do kanapki, albo dobry pretekst do maczania kromek chleba czy innych chlebowych paluszków.

Przy okazji, jeśli lubicie kuchnię hiszpańską, polecam Wam bloga, z którego zaczerpnęłam dzisiejszy przepis: http://simpleveganblog.com/ (wersja angielska) albo http://danzadefogones.com/recetas/ (wersja hiszpańska).


Salmorejo
przepis za tym blogiem

Składniki:
  • 1/2 kg pomidorów (3 średnie)
  • 50 g podsuszonego białego pieczywa (ok. 1/2 bułki)
  • 6 łyżek oliwy (60 g)
  • 1 ząbek czosnku, wyciśnięty
  • 1/2 łyżeczki soli morskiej
  • + ew. 1/2 łyżki soku z cytryny (zamiast octu)
Przygotowanie:
  1. Pomidory obieramy ze skórki i wycinamy twardą część. Kroimy w grubszą kostkę. 
  2. Do blendera wrzucamy pomidory i wyciśnięty czosnek, miksujemy.
  3. Dodajemy podzieloną na kawałki bułkę, dokładnie miksujemy.
  4. Dodajemy sól i oliwę, jeszcze raz miksujemy.
  5. Na koniec można dodać ocet lub sok z cytryny, ale radzę najpierw spróbować salmorejo - jeśli pomidory nie są zbyt słodkie, wystarczy ich własna kwaskowatość :)
  6. Chłodzimy przez co najmniej 2 godziny. Salmorejo wytrzyma w lodówce 2-3 dni.

Smacznego!
Magda
Warzywa psiankowate 2015

sobota, 4 lipca 2015

Crema di pistacchio

Nie wiem, czy to dlatego, że zaczęły się wakacje i sezon urlopowy, czy dlatego, że w tym roku nie udało mi się wygospodarować czasu na wyjazd do Włoch, czy wreszcie dlatego, że w upalne dni marzy mi się granita siciliana... no dość, że ostatnio tylko pistacje mi w głowie. 


Granita, czyli rodzaj półpłynnych, ale jednocześnie dosyć gęstych sorbeto-lodów, jest moim zdaniem absolutnie najlepsza w wersji pistacjowej. I niestety absolutnie nieosiągalna w Krakowie.

Może dlatego, że pistacje należą do towarów luksusowych, a już kupienie w Polsce pistacji niesolonych graniczy z cudem. Mi udało się znaleźć niesolone pistacje tylko w Warszawie - w sklepach ze specjałami arabskimi i na stoisku z bakaliami na wagę w Blue City. Póki co, korzystam jeszcze z przywiezionych z Francji paczek pistacji prażonych i NIEsolonych, które można kupić w tamtejszym Lidlu. Są to pistacje marki Alesto, której inne produkty są też dostępne w polskim Lidlu - za wyjątkiem pistacji niesolonych.


A wracając do granity: wykonanie jej w domu, bez specjalnej maszyny do lodów, nie da niestety pożądanych efektów. No, ale dość już narzekania :) Skoro nie mogę zrobić granity, ani polecieć na Sycylię, przygotuję inny pistacjowy przysmak - crema di pistacchio (krem pistacjowy). To cudo można zakupić w słoiczkach na wyspie albo w dobrze zaopatrzonych sycylijskich cukierniach "na kontynencie". Niestety, w sprzedaży są najczęściej kremy zawierające miód i mleko w proszku. W moim przepisie będzie mleko kokosowe, a zamiast miodu - po prostu cukier; można też wypróbować inne "dosładzacze". A do czego takim krem? Do wszystkiego: na słodką kanapkę, do naleśników, albo... jako nadzienie do babeczek, jak te na zdjęciu :)


Polujecie już na pistacje bez soli?
A może napiszemy do Lidla, parafrazując Gałczyńskiego: "my chcemy, żeby natychmiast były PISTACJE, NIESOLONE"? Jak myślicie? :)

Wegański krem pistacjowy
pomysł zaczerpnięty stąd

Składniki:
  • 60 g pistacji wyłuskanych (pół szklanki)
  • 3 łyżki mleka kokosowego (płynnego)
  • 3 łyżki cukru pudru (30 g), lub mniej

Przygotowanie:

  1. W młynku do mielenia orzechów rozdrabniamy pistacje, aż powstanie pistacjowy proszek. Najlepiej miksować po trochu, dając młynkowi "odpocząć", żeby się zbytnio nie zagrzał. Miksujemy, aż z pistacji zrobi się masło pistacjowe, dzięki olejowi, który zacznie się wydzielać z orzechów.
  2. Masło pistacjowe przekładamy do blendera, dodajemy mleko kokosowe i - po trochu - cukier puder. Oryginalny krem jest BARDZO słodki, dlatego dodałam trzy łyżki, ale radzę dosypywać go po trochu i próbować, czy już wystarczy słodyczy (przy okazji, dobry pretekst do oblizywania łyżeczki:))
Smacznego!
Magda

środa, 20 sierpnia 2014

Torcik na rocznicę (bezglutenowy, bez pieczenia)!

Tydzień temu minął rok, od kiedy na tym blogu pojawił się pierwszy wpis. Czego się nauczyłyśmy, co musimy opanować, czego będziemy się starały unikać? Czy nie brzmi to trochę jak pamiętnik Bridget Jones, która robiła listy postanowień na nowy rok, ale nigdy nie udawało jej się ich zrealizować? ;)

 

tytułowy torcik - PRZEPIS NA KOŃCU POSTA!

My nie będziemy składać obietnic, co też zrobimy w najbliższym czasie, a co za pół roku, bo nie wierzymy w takie deklaracje. Plany co do tego, jakie pojawią się tu wpisy, były bardzo różne, a co z tych pomysłów udało nam się zrealizować, to już inna kwestia :)

Rok istnienia bloga skłonił nas do tego, żeby zastanowić się, które przepisy zrobiły największą furorę. I tak, najczęściej wyświetlane wpisy to (aby zobaczyć przepis, wystarczy kliknąć w wybrany obrazek):

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/01/saatka-z-granatem.html 

1. Sałatka z granatem
Popularna pewnie z powodu "dziwnego" składnika, jakim jest granat. A może po prostu dlatego, że jest pyszna? ;)

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/pieczone-warzywa-na-kolacje.html 

2. Pieczone warzywa
Często wyszukiwane hasło "pieczenie warzyw w piekarniku" sprowadziło do nas całkiem dużo odwiedzających. Warzywa do piekarnika!


http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/05/pasta-z-zielonej-soczewicy-i-orzechow.html 

3. Pasta z zielonej soczewicy i orzechów włoskich 
Post promowany przez fejbukową stronę akcji Weganizm: Spróbujesz? Wciąż bardzo nam miło, że tak nas wyróżniono!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/kotlety-soczewicowe-z-pieczarkami.html 

4. Kotlety soczewicowe z pieczarkami
Jedna z potraw, którą w różnych wcieleniach robimy (prawie) na okrągło. Skusicie się? ;)


http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/06/chleb-z-siemieniem-lnianym-na-zakwasie.html

5. Chleb z siemieniem lnianym na zakwasie
Super chlebek, kolejny post wyróżniony przez Weganizm: Spróbujesz?. Nie robiliście jeszcze chleba na zakwasie? To nic strasznego, a z tego przepisu wychodzi EKSTRA bochenek!

Postanowiłyśmy też przygotować naszą prywatną listę przebojów, dlatego każda z nas wybrała pięć wpisów, które lubi najbardziej.

I tak, ulubione przepisy Anki to:

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/02/migdaowy-sernik.html 

1. Migdałowy "sernik"
Jestem z tego ciasta wybitnie dumna, bo jest kremowe, odpowiednio wilgotne, pyszne. Sernik pierwsza klasa!
 
http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/11/pachnacy-ryz-basmati-z-soczewica-i.html
2. Pachnący ryż basmati z soczewicą i skarmelizowaną cebulą
Najlepszy obiad w 15 min (nie licząc pieczenia krążków cebuli), jaki mogę sobie wyobrazić. Robiłam to danie pewnie z milion razy i na pewno jeszcze nie raz zrobię. Polecam!


 3. Trufle piernikowe
Pyszne czekoladki, które pachną jak prawdziwy piernik. Mniam!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/04/poisson-davril-czyli-sushi-micha.html 

4. SUSHI MICHA, czyli chirashi sushi 
Dla tych bardziej leniwych - sushi ekspres, do którego można wykorzystać różne świeże warzywka. Naprawdę fajny pomysł na nietypowe danie, chociaż poza algami nie wymaga ono wielu wyszukanych składników.

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/najkrotszy-dzien-w-roku.html
 
5. Panna cotta z Karaibów 
Wydaje mi się, że w przypadku panna cotty wegańska wersja jest jeszcze smaczniejsza, niż żelatynowy oryginał. Do tego mus z mango! Dla mnie rewelacja!

Z kolei Magda wybrała:

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/05/srodziemnomorska-tarta.html

1. Tarta ze szpinakiem, suszonymi pomidorami i czarnymi oliwkami

Lubię ten tekst za różne wstawki filologiczne, rozważania, czy rzeczony placek to tarta czy quiche, oraz jaką lepiej zastosować pisownię - spolszczoną czy oryginalną. A poza tym uwielbiam kruchy spód, który dzięki dodatkowi odrobiny octu nie kruszy się jak typowe tarty.



http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/09/aromatyczna-zupa-na-leniwy-wieczor.html

 2. Grecka zupa z czerwonej soczewicy z cytryną i rozmarynem

Absolutny hit, przepis, który wraca u nas bardzo często. Zupa "leniwa", bo nie wymaga wielu składników i szybko się przygotowuje, a przy tym jest o niebo lepsza od soku wielowarzywnego z kartonu czy innego, nawet zdrowego, fastfoodu. Kombinacja rozmarynu, skórki cytrynowej i czosnku nadaje jej wyjątkowy zapach. A z wyglądu taka niepozorna...

http://www.miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/12/najlepsza-na-swiecie-czekolada-z-pianka.html

3. Najlepsza na świecie czekolada z pianką

Ten wpis najlepiej oddaje moje kulinarne obsesje: smak, którego kiedyś spróbowałam, a potem z uporem próbuję sama uzyskać podobny efekt. Czasem po długich poszukiwaniach dochodzę do wniosku, że taki "święty Graal" nigdy nie istniał, i tylko ja go sobie wymyśliłam ;)

http://www.miejscyroslinozercy.blogspot.com/2013/08/lody-dla-ochody-na-ostatnie-dni-lata.html

 4. Domowe lody z mleczka kokosowego
Przezabawny tekst Anki, który nie przestaje mnie cieszyć: lody, które "zostały gruntownie przetestowane przez fanów kiełbasy podwawelskiej", a do tego cytat ze Starszych Panów (niespodziewany koniec lata). Delicje!

http://miejscyroslinozercy.blogspot.com/2014/03/pseudonim-operacyjny-szmaragd.html

5. Szmaragdowa pasta do kanapek
 
Tekst na dzień św. Patryka, ze szpinakowym akcentem. Szczerze się uśmiałam, kiedy przeczytałam o tym, jak to "wraca człowiek pod wieczór do domu i nie ma nic przeciwko Dniu Św. Patryka, ale niespecjalnie może się wybrać na irlandzkie piwo (lub raczej kilka :) ), no bo przecież jutro do szkoły, pracy i innych obowiązków." A dalej "trochę to wygląda tak, że Miejscy nic tylko chodzą i świętują (jakieś Dni Liczby Pi, najkrótsze dni w roku i inne rocznice przyznania praw wyborczych kobietom)"... Dzisiaj faktycznie świętujemy, bo blogowi stuknął niedawno roczek, z czego się bardzo cieszymy :D

Na początku naszego bloga znali go tylko "krewni i znajomi", później zapisałyśmy go do portalu durszlak.pl i za każdym nowym postem niecierpliwie obserwowałyśmy, ile osób weszło na bloga przez kliknięcie na durszlaku. Nieco później zaryzykowałyśmy i wysłałyśmy parę zdjęć na finding vegan - i po paru dniach oczekiwania, juhuuu, zostały zaakceptowane! Nie dodajemy tam kolejnych postów, bo nasze przepisy publikujemy tylko w wersji polskiej, wiec obcojęzyczni weganie mieliby problem, żeby z nich skorzystać. Za to ciągle jeszcze, kiedy mamy gorszy dzień albo brak nam weny, wyświetlamy sobie stronę użytkownika miejscyroslinozercy na FV... i od razu robi się nam lepiej :)

Kolejnym krokiem było założenie blogowego fejsbuka. Ulegając namowom znajomych, skarżących się, ze nie dostają powiadomień o nowych postach, założyłyśmy profil, na którym pojawiają się wszystkie nowości - blogowe i nie tylko. Za fejsbukiem poszło zgłoszenie do akcji "Weganizm. Spróbujesz?". Zaczęły nas "śledzić" kolejne osoby, a wybrane posty pojawiły się na tablicy akcji na fb, z czego się niezmiernie cieszymy i co nas pozytywnie zdziwiło (jak to, nasz przepis ktoś POLECA? ;) ).

Blog ewoluował tez pod innymi względami. Na początku bardzo skupiałyśmy się na ładnym brzmieniu zdań, doborze słownictwa, unikaniu powtórzeń. Skutek był taki, ze w postach Anki notorycznie pojawiało się hasło "bura breja", lejtmotywem Magdy był natomiast brak czasu (na gotowanie:)), a oprócz tego hasła "patent" oraz "baza". Co więcej, chociaż obie mamy zacięcie korektorskie, nierzadko po dłuższym czasie orientowałyśmy się, ze w poście tkwił jakiś byk - hitem był tytuł jednego z wpisów "Najlepsze na świecie ciasteczka czekoladą". Najwyraźniej "z" było najsmaczniejsze, bo zostało zjedzone. Te same ciasteczka opisywałyśmy jako "bezglutanowe" Pomne takich doświadczeń zaczęłyśmy zwracać większą uwagę na elementy praktyczne, ale i tu nie obyło się bez wpadek: w przepisie na ciasto  do paja podawałyśmy 1/3 łyżki oleju. Co ciekawe, kazałyśmy tę znikomą ilość tłuszczu podzielić na równe części oleju słonecznikowego, kokosowego i oliwy z oliwek. No cóż, jak talent, to talent.

A wracając do tematu początków bloga: pierwotnie planowałyśmy opublikować zupełnie inny przepis jako nasz pierwszy post. Chciałyśmy zacząć nasz blog na bogato, bo z ogromną ilością czekolady. Co z tego wyszło rok temu w sierpniu? Lody kokosowe. Tak. No więc tak wyglądają nasze postanowienia, deklaracje i takie tam. Pod spodem post, który (już po roku) postanowiłyśmy w końcu opublikować.



Nie wiem, co mi się w nim najbardziej spodobało, ale chyba trudno jest oprzeć się urokowi takiej rozpływającej się czekolady...
Składniki, zakupione zawczasu, dość długo czekały, aż się zabiorę do przygotowania ciasta. Najdłużej zajęło mi szukanie daktyli - te na zdjęciu nie przypominały niczym suchych owoców, dostępnych w większości  naszych sklepów. Najpierw zastanawiałam się, jak przeliczyć proporcje na nasze "polskie" daktyle, ale w końcu dałam się skusić na ogromne daktyle Medjool, dostępne na stoisku w Galerii Krakowskiej (ale i na Starym Kleparzu :D). Nie należą do najtańszych, ale wyglądem przypominały wreszcie te z oryginalnego przepisu. Jeśli chodzi o smak, okazały się podobne do innych daktyli, więc wkrótce pewnie przeprowadzimy próbę z daktylami z paczki albo z daktylami organicznymi z Tesco (hahahaa - przez cały rok nie zebrałyśmy się do tych prób, bo i to, i tamto trzeba było wypróbować; kolejny przykład, jak w naszym wykonaniu kończy się składanie obietnic ;) za to specjalnie dla Was zważyłyśmy daktyle organiczne z Tesco: jeden waży 8-10 g; dla porównania, jeden Medjool to 27 g, a zwykły mały daktyl - 5 g).
A teraz do rzeczy: składniki sobie czekały, czekały… ja się zabierałam do roboty, ale opornie - aż przyjechała Anka :) Starym sposobem, próbowałam na nią wyoutsourcować przygotowanie ciasta (ty zrobisz, my zjemy), ale skończyło się tak, że zrobiła część, a ja resztę (powiedzmy, że pół na pół :) ).


A pracę warto sobie podzielić, bo ciasto, chociaż niewielkie, ma warstw co niemiara; na dokładkę jeszcze, układa się je do góry nogami, więc to, co jest spodem, kładzie się na końcu... ale po kolei.


Ciasto z kremem z nerkowców z polewą czekoladową (bezglutenowe, bez pieczenia)

Wcześniej: można tylko namoczyć orzechy nerkowca (1/2 szkl.)
Zaczynamy od tego co, będzie na górze:

Warstwa 1

  • 1/2 szklanki orzechów włoskich
  • 4 duże daktyle (bez pestek) - 110 g
  • 2 łyżeczki syropu klonowego albo stewia do smaku
  • szczypta soli
  • 1 łyżka oleju (w oryginale kokosowy, ale może spokojnie być rzepakowy lub słonecznikowy)
  • 1/8 łyżeczki cynamonu
Wszystkie składniki mielimy blenderem na jednolitą masę.
Foremkę na ciasto (oryginalne wymiary: średnica 10 cm, głębokość 7,5 cm – dobrze sprawdzają się metalowe miseczki do przechowywania żywności) wysmarować olejem. Można wcześniej wyłożyć miskę folią (wystarczy też zwykły plastikowy woreczek), bo znacznie ułatwi to późniejsze manipulowanie ciastem.
Wylepiamy foremkę masą. Po odwróceniu (ale na to jeszcze nie czas!) znajdzie się ona na górze.
Można teraz włożyć na trochę do zamrażalnika (tak zrobiła Anka), albo przejść do kolejnych warstw.

Warstwa 2

  • 1/2 szkl. orzechów nerkowca (wcześniej namoczyć)
  • 2 1/2 łyżki ciepłej wody
  • 2 łyżeczki oleju o neutralnym zapachu (w oryginale kokosowy)
  • 2 daktyle (bez pestek) - 55 g
  • parę kropel olejku waniliowego
Nerkowce, jeśli były wcześniej namoczone, odsączamy. Miksujemy z pozostałymi składnikami. Ma powstać gładka masa.
Masą wykładamy do miseczki.

Teraz czas na spód (czyli chwilowo wierzch :)).

  • 1/3 szkl. orzechów włoskich
  • 1 daktyl (bez pestki) - 27 g
  • 1 łyżeczka siemienia lnianego ( w oryginale raw hemp seeds) – my w ogóle o tym zapomniałyśmy :D
Też miksujemy wszystkie składniki, ale masa nie musi być idealnie gładka.
Masę układamy na poprzedniej, kremowej warstwie.
Jeśli wcześniej nie schłodziliśmy ciasta, warto je teraz wstawić do lodówki.
Nasze było dosyć zimne, chociaż w zamrażarce siedziała tylko pierwsza warstwa.
Kiedy ciasto porządnie się schłodzi i zastygnie, przy pomocy talerzyka trzeba je odwrócić do góry nogami. 

Następnie czas na przygotowanie polewy czekoladowej. Przepisy mówią tu najczęściej o kąpieli wodnej, czyli tańcu z rondelkiem na gazie – ja za tym nie przepadam, bo zawsze się boję, że wyleję na siebie zawartość obu naczyń. Przepis oryginalny mówił o mikrofali, a my zastosowałyśmy patent opracowany przez Ankę, czyli miseczka z gorąca wodą (z czajnika), do środka druga miseczka, a w niej składniki:

  • 1/2 tabliczki czekolady (u nas – Krakowska gorzka) - 50 g
  • 1 1/2 łyżki oleju
Czekoladę należy połamać w kostki, a potem co jakiś czas przemieszać, żeby kawałeczki równomiernie załapały ciepło od ścianek miseczki. Czekolada się idealnie roztapia, a my kulinarne akrobacje mamy z głowy. Pozostaje już tylko oblać schłodzone ciasto czekoladą i zostawić, aby zastygło (w lodówce; w oryginale była zamrażarka – to jeśli się komuś śpieszy, u nas lodówka sprawdziła się znakomicie).
Ciasto prezentuje się bardzo okazale, a nie trzeba nawet nic piec!



Dziękujemy wszystkim, którzy do nas zaglądają :) Mamy nadzieję, że zajrzycie jeszcze nie raz!

Miłego gotowania!

Anka i Magda

sobota, 10 maja 2014

Pasta z zielonej soczewicy i orzechów włoskich

Miska pysznej pasty do chleba to dobry początek zarówno śniadania, jak i kolacji, a nawet obiadu. Nieważne, czy mamy ochotę pochrupać weekendową niespieszną grzaneczkę w ramach śniadania, czy też marzymy o porządnej kolacji, ale nie mamy zapału, żeby zaczynać wielkie gotowanie. A może chcemy przygotować sycącą kanapkę, którą zabierzemy do pracy, na uczelnię albo do szkoły?


Kremowa pasta z zielonej soczewicy to to, co Roślinożercy lubią najbardziej ;) Jeśli na dodatek zawiera ona orzechy włoskie, rozmaryn i pietruszkę, nie trzeba nas już więcej przekonywać.


Dzięki orzechom włoskim pasta jest kremowa i ma piękny orzechowy zapach (zaskoczenie! ;) ). Bardziej tradycyjne dodatki, czyli cebula, rozmaryn i pietruszka, sprawiają, że pasta kojarzy się z dobrym, zwyczajnym domowym jedzeniem.


Będzie idealna do wszelkich świeżych warzywek (pomidory! czerwona papryka! szczypiorek!), jak i do takich ze słoika (ogórki kiszone! czarne i zielone oliwki!).



Aromatyczna, kremowa, chciałoby się nawet powiedzieć l u k s u s o w a pasta z soczewicy poratuje nas o każdej porze dnia. Dlatego właśnie fajnie mieć ją gotową w lodówce ;)


Pasta z soczewicy
Składniki:
  • 1 szkl. zielonej soczewicy, dokładnie opłukanej i ugotowanej do miękkości z liściem laurowym (lub 1 - 1 1/2 puszki zielonej soczewicy)
  • 1 łyżeczka tymianku
  • 1/2 łyżeczki rozmarynu
  • 1/4 szkl. orzechów włoskich + 1/4 szkl. wody
  • 1 łyżka posiekanej świeżej pietruszki (lub więcej, jeśli ktoś lubi)
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 1/2 średniej wielkości cebula, posiekana w drobną kostkę i podsmażona na złoto z 1 łyżką oleju LUB 2 łyżeczki suszonej cebuli
  • sól i pieprz do smaku
  • ew. 1 łyżka sosu sojowego (niekoniecznie)
Przygotowanie:
  1. W blenderze miksujemy orzechy z wodą na gładki krem. Dodajemy cebulę, rozmaryn i tymianek, miksujemy.
  2. Do blendera dodajemy partiami ugotowaną soczewicę.
  3. Kiedy soczewica będzie już zupełnie rozdrobniona, dodajemy sok z cytryny i pietruszkę.
  4. Pastę doprawiamy solą i pieprzem do smaku. Odstawiamy do schłodzenia - najlepsza jest na drugi dzień, kiedy wszystkie składniki się przegryzą :) 
Smacznego!
Anka

poniedziałek, 17 marca 2014

Pseudonim operacyjny "Szmaragd"

Szczęśliwie mogliśmy się ostatnio cieszyć słonecznymi, ciepłymi dniami, które podszywały się pod prawdziwą wiosnę. Chociaż atak wiosny już właściwie przeszedł i można spokojnie odetchnąć, bo chwilowo znowu mamy zimę w natarciu, na talerzach gości zieleń z okazji Dnia Św. Patryka.


Może to trochę wygląda tak, że Miejscy nic tylko chodzą i świętują (jakieś Dni Liczby Pi, najkrótsze dni w roku i inne rocznice przyznania praw wyborczych kobietom), ale to nie do końca prawda. Tylko, że kiedy na wszystkich znajomych blogach publikowane są kolejne szmaragdowe propozycje, aż chce się dorzucić swoje trzy grosze i wymyślić jakąś zieloną potrawę. Zwłaszcza, że to w końcu miejsce dla roślinożerców, czyli że raczej lubimy chlorofil :)


Dlatego z okazji Dnia Św. Patryka postawiłyśmy przygotować coś zielonego i ekspresowego, dla tych, którzy chcieliby, żeby zielonej tradycji stało się zadość, ale nie mają czasu na pieczenie/duszenie/cudowanie. Wraca człowiek pod wieczór do domu i nie ma nic przeciwko Dniu Św. Patryka, ale niespecjalnie może się wybrać na irlandzkie piwo (lub raczej kilka :) ), no bo przecież jutro do szkoły, pracy i innych obowiązków. Kiedy pierwszy raz znalazłam ten przepis na tę pastę, przez pewien czas robiłam ją prawie bez przerwy (czosnek! szpinak! cytryna!).


Nasza pasta do kanapek dobrze sprawdzi się jako szybka kolacja, a  jeśli trochę jej zostanie, może posłużyć za "coś" do kanapek na śniadanie. Jej przygotowanie zajmie z 15 min (zakładając, że mamy wszystkie składniki na stanie i nie musimy robić wycieczki do sklepu).

Szmaragdowa pasta do kanapek

Składniki:
  • 1 lub 1 i 1/2 puszki białej fasoli (lub namoczona i ugotowana 1 szkl. białej fasoli)
  • 50 g szpinaku, umytego i osuszonego oraz pozbawionego grubszych łodyżek
  • 1/2 cytryny (sok i starta skórka)
  • 2 ząbki czosnku, rozdrobnione
  • 2 łyżki oliwy
  • ew. kilka łyżek wody, żeby fasola się lepiej zmiksowała (4-6 łyżek)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Wszystkie składniki oprócz szpinaku włożyć do blendera i zmiksować. Fasola z puszki łatwo da się rozdrobnić, za to jeśli używamy fasoli gotowanej w domu, trzeba będzie dodać parę łyżek wody, żeby nie była za sucha.
  2. Na koniec dodajemy listki szpinaku i miksujemy jeszcze raz, ale krótko, tak żeby nie powstała szpinakowa papka.



Smacznego!
Anka



niedziela, 23 lutego 2014

Masło z pestek słonecznika

Odkryłam ostatnio, że w amoku chomikowania produktów na zasadzie "nigdy nie wiadomo, kiedy to się może przydać", ukryłam sama przed sobą przeogromny wór łuskanego słonecznika. Nie miałam nastroju dodawać go do kotletów czy pasztetu z soczewicy i zaczęłam kombinować co by tu też prostszego przygotować i zużyć choć część tego słonecznikowego znaleziska. Aż wreszcie wpadłam na pomysł - masło słonecznikowe!


Zachęcona udanym eksperymentem z masłem kokosowym, postanowiłam zmiksować pestki słonecznika i wyprodukować domowe masło słonecznikowe. Żeby masło miało bardziej wyrazisty smak, najpierw na patelni uprażyłam pestki słonecznika na złoto, a następnie zabrałam się za miksowanie.


Okazuje się, że z pestkami słonecznika blender radzi sobie nawet łatwiej niż z wiórkami kokosowymi i już w kilka minut miałam całą miseczkę pysznego masła z pestek słonecznika :) Żeby blenderowi łatwiej się pracowało, do słonecznika dodałam jeszcze odrobinę oleju słonecznikowego (sic!).


Takie masełko można podawać zarówno na słono (z pomidorami, szczypiorkiem i sałatą), jak i na słodko (z cynamonem, odrobiną przyprawy do piernika i syropem klonowym). Podejrzewam, że można by je potraktować właściwie każdym dodatkiem i by się wybroniło :)


Masło z pestek słonecznika

Składniki:
  • 1 szkl. łuskanych nasion słonecznika
  • 1 łyżka oleju

Wykonanie:
  1. Rozgrzewamy suchą patelnię i prażymy na niej słonecznik. Dokładnie mieszamy ok. 5 min, albo aż słonecznik zrobi się złocisty i zacznie pachnieć w całej kuchni.
  2. Podprażone nasiona słonecznika wsypujemy do blendera. Miksujemy krótko, aż powstaną równe grudki.
  3. Dodajemy łyżkę oleju. Miksujemy, aż powstanie gładkie masło. Jeśli trzeba, robimy przerwy, żeby blender się nie przegrzał.
  4. Przekładamy do szczelnego pojemnika. Przechowujemy w temperaturze pokojowej (w lodówce masło zamieni się w twardą bryłę).

Smacznego!
Anka

Wytrawne Vege Śniadanie

wtorek, 3 grudnia 2013

Mikołajkowe masełko kokosowe

Już w sobotę Mikołajki, czyli okazja, żeby sprezentować komuś własnoręcznie zrobionego łakocia. Masło kokosowe to idealne rozwiązanie, bo potrzebny jest tylko jeden składnik - wiórki kokosowe, a oprócz tego blender, no i trochę cierpliwości.


Nie będę czarować, żeby masło kokosowe wyszło, trzeba mieć dość mocny blender. Stary robot kuchenny dał radę zrobić tylko "mąkę kokosową", więc dałam sobie spokój z masłem kokosowym.


No więc co zrobić, żeby z wiórków, które wyglądają tak


wyszło takie masełko kokosowe

?

Po prostu trzeba się nie wściekać, robić blenderowi przerwy, żeby się nie przegrzał no i przede wszystkim cierpliwie czekać :)


W sumie blender pracował łącznie może 12 min, ale jest trochę za słaby, żeby mógł tego dokonać na raz, więc musiałam mu robić przerwy, kiedy zaczynał się nagrzewać (ze trzy 15-minutowe przerwy, w sam raz na ploteczki, kawałek serwisu informacyjnego czy artykuł z gazety).

Gotowe masełko ma cudowny kokosowy zapach, jest kremowe i półpłynne. Niestety, po jakimś czasie zastyga i dlatego lepiej nie trzymać go w zimnie, bo kompletnie skamienieje i ciężko będzie je wydłubać ze słoiczka. Ja nie dodaję do takiego masełka ani cukru, ani aromatów, ale jeśli komuś dusza dyktuje takie ulepszacze, spokojnie można ich dodać.

Każdy łasuch ucieszy się z takiego podarku, nakład pracy jest minimalny, a takiego masełka w sklepie raczej się nie znajdzie. Trzeba tylko znaleźć jakiś słoik po dżemie i kawałek wstążki, a elegancki i własnoręcznie wykonany prezent gotowy!

Masło kokosowe

Składniki:

  • wiórki kokosowe (ja brałam 200 g na ten nieduży słoik jak widać na zdjęciach)

  • ew. 1 - 2 łyżki oleju o neutralnym zapachu - ja nie dodawałam
  • ew. cukier do smaku (lub stewia czy syrop z agawy) - ja nie dodawałam
  • ew. kilka kropli aromatu (migdałowego/śmietankowego/waniliowego) - ja nie dodawałam

Przygotowanie:

  1. Do blendera wsypujemy wiórki kokosowe i  miksujemy, aż zamienią się w lejące się, tłuste masełko :) Żeby blender nie wyzionął ducha, dobrze jest robić mu przerwy w pracy (np. ok. 15 min przerwy).  Jeśli blender ma duży problem z rozbiciem wiórków, można dodać 1-2 łyżki oleju o neutralnym zapachu.
  2. Gotowe masełko przekładamy do słoika. Tak przygotowane masło ma tendencję do zastygania, jeśli stoi w zimnie, dlatego lepiej nie przechowywać go w lodówce.
Smacznego!
Anka